Nowy Rok w Beskidzie Żywieckim

Przed nami długa przerwa świąteczna więc tego czasu nie można zmarnować! Jeszcze w październiku snuliśmy z Wojtkiem plany górskie na ten okres.

Decyzja padła na pierwszy dzień Nowego Roku 2017 oraz na Beskid Żywiecki.

Plan był aby do Zwardonia dotrzeć na stopa, ale w dniu Nowego Roku o ósmej rano nie byłoby to proste, nie mogliśmy jednak odpuścić podróży na kciuka więc po odpowiednim zmodyfikowaniu planów ustaliliśmy że zajedziemy do Żywca pociągiem, złapiemy stopa do Korbielowa i spędzimy na górskim szlaku kolejnych siedem dni, nie schodząc do miasta aż dopiero w Zwardoniu, choć to i tak nie miał być jeszcze koniec! Co ostatecznie wyszło i jak się potoczyły nasze losy? Jak wyglądało przedzieranie szlaków i poszukiwanie drogi na nocleg?

 

Ten wpis wszystko Ci wyjaśni 🙂

Pod koniec znajdziesz mapę z zaznaczonymi miejscami, które opisuję w tym wpisie oraz odcinek Powrotu do natury, którego uzupełnieniem jest ten właśnie wpis.

 

 

„No no, ciszej proszę, chcę spać…”

Dzień 1

Powtarzałem sobie pod nosem tuż po północy pierwszego stycznia tego roku… Plecak spakowany, jedzenie gotowe, oczy się zamykają, a tu pod oknem sąsiedzi odpalają kolejne fajerwerki.

Wczesnym rankiem wyruszyliśmy na zimową i górską przygodę. Czekając w Katowicach na pociąg przesiadkowy nie mogło zabraknąć elementów street workoutu 😉

Po godzinie dziesiątej jesteśmy w Żywcu, na drogach pustki, cicho. Po hucznym Sylwestrze wszyscy jeszcze śpią… A my chcemy łapać stopa, no poważnie???

Jednak nim do końca pomyśleliśmy „cicho tu”, rozległ się głos dzwonków, batów i głośnych śmiechów. To tu, na ulicy głównej poprzebierani za noworoczne babki, kominiarzy, diabełków i innych, mieszkańcy Żywca składali sobie noworoczne życzenia. Bardzo ciekawy i oryginalny początek, który zdecydowanie poprawił nam humor (możecie to zobaczyć w relacji video z tego wyjazdu, link pod koniec wpisu). Teraz tylko dotrzeć na wylotówkę i dalej na Korbielów!

stop

Drugi raz z Wojtkiem podróżuję na stopa. Lubimy prawda? 😀

Po dwóch złapanych stopach dotarliśmy do stóp góry, jednak nie skorzystaliśmy z wyciągów, a poszliśmy pod nimi na Pilsko pokonując ponad dziewięćset metrów przewyższenia.

Śnieg ubity, nic się nie zapada, idzie się przyjemnie. Słońce świeci, widoki piękne, w tle Babia Góra więc wycieczka rozpoczęta idealnie!

Po krótkiej przerwie w schronisku PTTK na Hali Miziowej biegiem na Pilsko, drugą co do wysokości górę w Beskidzie Żywieckim; pierwszą jest Babia Góra, której widok towarzyszy nam cały dzień, teraz już pięknie oświetlona przez zachodzące słońce. Podobnie jak Tatry na horyzoncie.

babia

Piękna Babia Góra, a o zachodzie słońca prezentuje się jeszcze lepiej!

Coś na poprawę humoru? Znaki pod schroniskiem mówią że na Pilsko jeszcze pół godziny. Po dziesięciu minutach marszu kolejna tabliczka i kolejny napis „Pilsko 30 min”. Czasem dołujące, czasem irytujące. Nam natomiast na swój sposób poprawiło humor.

pilsko-30

Tak dla poprawy humoru 😉

pilsko2.png

Pilsko 2012 i 2017, dobre wspomnienia wracają

 

Oglądamy piękne widoki, zachwycamy się tą chwilą. Wieje niemiłosiernie. Lód utrudnia marsz, a słońce już dawno zaszło za odległe szczyty. Pozostało nam założenie czołówek i pognanie kolejnych dwóch godzin do schroniska na Rysiance.

Tutaj ważna uwaga – kontakt ze schroniskiem – po pierwsze warto dać znać, że przyjdziemy, żeby móc zarezerwować sobie miejsca, a dwa to kwestia bezpieczeństwa. Jeśli wiedzą, że w drodze są turyści a nie zjawiają się długo długo to znak, żeby zacząć się martwić. Tak więc szybki telefon do schroniska i po dokładnie dwóch godzinach raczyliśmy się jedzonkiem i ciepłym piciem na stołówce tego schroniska.

W międzyczasie gry planszowe, czas na spisanie wspomnień, ciepły (o dziwo) prysznic i odrobina snu! No dobra, więcej niż odrobina… 😉

 

 

Spacerek

Dzień 2

Ten dzień dla odmiany i dla odpoczynku miał być bardzo luźny. Odpoczynek za wczorajszy długi dzień i łatwa trasa przed dniem następnym, który według planów miał być dłuższy niż wczorajszy 😉 wszystko jasne? 😀

Niestety żadne przygody nas tego dnia nie spotkały. No chociaż…

Trasa z Rysianki do bacówki na Krawców Wierchu to odrobinę ponad trzy godziny drogi. Więc nie spiesząc się, przed godziną czternastą dotarliśmy to tej najprzyjemniejszej i najprzytulniejszej bacówki na tym wyjeździe. Jeśli któreś schronisko miałbym polecić to zdecydowanie TO!

Maszerując spoglądałem w niebo pytającym wzrokiem – co nam chmury przyniesiecie?

Tego dnia im później było tym bardziej słońce przesłaniały chmury. Zanosiło się na śnieg. Ale jeszcze nie na teraz, a w nocy…

Ponieważ w schronisku byliśmy przed godziną czternastą, postanowiliśmy zostawić plecaki i wyruszyć bez ekwipunku na krótką trasę, ale żeby nie było nudno to odrobina marszu na dziko! Taaak, o to właśnie chodziło! Jednak mieliśmy ze sobą kompas, mapę, dokumenty i telefony. Nie mogło także zabraknąć czołówek.

Schodzimy żółtym szlakiem w stronę wioski. Około kilometra. Na półnoncy-wschód biegnie drugi szlak – niebieski, który przechodzi przez niewielki szczytek, w zasadzie niżej położony niż bacówka, w której mieliśmy nocleg. Szczyt ten nazywa się Straceniec. Plan był aby odbić z żółtego szlaku i dotrzeć do niebieskiego, a następnie do bacówki.

mapa2

Łatwe? Pewnie! Ale planując w schronisku. A w terenie? Już nieco inaczej…

Według mapy to ze trzy kilometry i parę poziomic więc w godzinkę damy radę!

Koniecznie trzeba wrócić nim zrobi się ciemno. Jest zima, krótki dzień, śnieg więc nie było tak łatwo jak się wydawało.

Już w momencie gdy odbiliśmy ze szlaku zaczęliśmy się zapadać w śniegu, nie był on wysoki, ale odczułem brak stuptutów, których nie założyłem mimo, że miałem je w plecaku… Na szczęście wiedzieliśmy, że powinniśmy być niebawem znów w bacówce więc będziemy mogli się ogrzać oraz osuszyć. Teoretycznie gdzieś tu miała biec ścieżka łącząca oba szlaki (na powyższej mapce – przerywana czarna biegnąc od Polany Piekanki). No ale cóż… zima. Nikt tędy nie chodzi więc żadnej ścieżki nie znaleźliśmy. Brodziliśmy natomiast w śniegu trawersując strome zbocze i wypatrując w kierunku, w którym musimy iść. Nie było trudno, w zasadzie dość przyjemnie gdyby zapomnieć o wodzie w butach. Schodzenie jak najbardziej zaliczyłbym do ciekawszej czy może bardziej – przyjemniejszej części. Bo ciekawie miało się dopiero zrobić niebawem…

Pomiędzy dwoma grzbietami w dolinie płynęły strumienie, kiedy więc je przekroczyliśmy wiedzieliśmy, że teraz zacznie się podejście. Na dystansie pół kilometra musieliśmy podejść o trzysta metrów. O tej porze roku po godzinie piętnastej w mgnieniu oka robi się ciemno. Szybciej szliśmy pod górę niż wcześniej schodziliśmy w dół, spieszyliśmy się i dotarliśmy finalnie do ścieżki między drzewami. Nieopodal na drzewie dostrzegliśmy niebieski szlak więc mówiąc kolokwialnie „jesteśmy w domu”.

Jak nam poszło możecie zobaczyć w załączonej pod koniec wpisu relacji.

Był to dobry test, nie mieliśmy plecaków więc marsz nie był trudny, niebawem mieliśmy znów powtórzyć podobny schemat ale z całym ekwipunkiem.

 

No popatrz, nikt szlaku nie odśnieżył!

Dzień 3

3 dzień.png

Śnieg zaczął padać jeszcze wczoraj wieczorem. Śnieg. To za nim wszyscy tęsknią w miastach zimą. Tu jednak cieszyła nas lekka pokrywa, nie potrzeba nam go było więcej.

Z Krawców Wierchu na Rycerzową ładnych parę godzin drogi. Są też zalecenia aby zejść z bacówki do wioski i z niej wychodzić na Rycerzową. Śniegu jednak nie spadło aż tak dużo więc zdecydowaliśmy się na wybór szlaku grzbietem górskim. Jest to najbardziej graniczna trasa i najmniej uczęszczana. Im dalej się znajdowaliśmy tym mniej udeptanych ścieżek było. W drugiej części dnia to my sami wyznaczaliśmy sobie drogę nie kierując się śladami stóp na śniegu.

Straciliśmy szlak. Standard. Oznaczenia jak zwykle nie zasługują na pochwałę ale na szczęście nie wynikło z tego nic złego. Po prostu do kolejnej ścieżki dobiliśmy pół kilometra wcześniej. A ową ścieżką była droga zasypana grubą warstwą śniegu. I to wzdłuż niej dotarliśmy do przejścia granicznego na Przełęczy Glinka.

Mapa Beskidu Żywieckiego dla ciekawskich – możecie SAMI dokładnie sprawdzić przebieg naszej wędrówki

W dalszej części wędrówki dotarliśmy na sporą polanę na Słowacji. Kolejna trudna decyzja – czy cofnąć się i wrócić na prawidłowe ścieżki czy zejść do słowackiej wioski i ominąć grzbiety by wejść ostatecznie na jeden z odleglejszych, który był naszym celem. Dlaczego znaleźliśmy się w takim położeniu? W wysokim śniegu zwłaszcza jak dodatkowo pada, łatwo jest przeoczyć odbijający szlak. Ale podjęliśmy decyzję o powrocie na ścieżkę aby nie ryzykować dalszego błądzenia.

Jest ciężko, przyznajemy to oboje. Ja idę pierwszy i przedzieram szlak. Wojtek za mną.

Straciliśmy sporo czasu, już prawie południe a tu ledwo jedna piąta drogi. Dodam, że ze schroniska wyszliśmy krótko po ósmej. Nie było możliwości aby dotrzeć wraz ze światłem dnia na Rycerzową. Wysiłek już był bardzo intensywny, w śniegu zapadając się z każdym krokiem traciliśmy sporo sił i posuwaliśmy się mozolnie.

Już wcześniej rozpatrywałem opcję zejścia na dziko do wioski ale jeszcze nie mówiłem nic Wojtkowi. Czekałem aż dotrzemy do strategicznego punktu, w którym trzeba będzie podjąć decyzję. Sądzę jednak, że Wojtek myślał o tym samym, jednak ja miałem mapę i ilekroć ją oglądaliśmy zawsze zastanawiałem się którędy będzie najlepiej zejść.

Sypał śnieg, głowy ciągle spuszczone, a każdy kilometr ciągnął się jak dziesięć. W końcu sprawdzając poprawność mapy z GPSem zrobiliśmy krótką przerwę i zdecydowaliśmy aby odbić na dziko w las – „tu gdzieś powinna być ta ścieżka”. Wcześniej też już raz spróbowaliśmy ale przypadkiem znów trafiliśmy na szlak zamiast na ścieżki w dół. Tym razem byliśmy pewni co do decyzji bo tym zboczem miały spływać strumienie i faktycznie szliśmy w czymś co mogło być wyżłobionym korytem.

W poradach survivalowych mówi się żeby iść wzdłuż rzeki, aby dotrzeć do cywilizacji. Tutaj właśnie tym się kierowaliśmy. Zasypane śniegiem koryto poprowadziło nas aż do wioski o nazwie Soblówka. Przez głowę jeszcze krążyły myśli czy nie wyjść z wioski na Rycerzową ale przewyższenie wartości pięciuset metrów wyjaśniło wszelkie wątpliwości 😉

Ostatecznie lądujemy w chatce nadleśnictwa. Polecamy ją zdecydowanie! Przemili ludzie, którzy nas ugościli,ociekających wodą z topniejącego śniegu. W pokoju było ciepło, sucho, do dyspozycji ciepła woda i czajnik. Do tego ciekawy wystrój pokoju umilał czas. A to wszystko w bardzo dobrej cenie! Choć wtedy przyjęlibyśmy każdą opcję… Mięliśmy nawet do dyspozycji telewizor, była więc okazja sprawdzić pogodę na kolejny dzień. W dziewięcioosobowym pokoju byliśmy sami – no przecież! Kto chodzi tymi szlakami w taką pogodę!?

Po wykonaniu rozciągania po marszu przyszedł czas na słodki sen.

A może sera owczego?

Dzień 4

Droga z Soblówki na Rycerzową nie była długa. Plan tego wyjazdu zakładał aby tego dnia być już na Wielkiej Raczy! Okazało się, że warunki utrudniły realizację tego planu.

Chcieliśmy dotrzeć na Przegibek czyli schronisko za Rycerzową oddalone jeszcze o nieco ponad godzinę drogi. Czy się tam skierujemy? Zobaczymy jak nam pójdzie na trasie.

Coś dziwnie nam się przyglądali panowie pracujący przy wycince drzew. Albo byliśmy dla nich sensacją, jak to zazwyczaj bywa w przypadku turystów przybywających do malutkich wioseczek, albo myśleli „dokąd oni zmierzają?” zważając na to jakie warunki panują wokół.

Podłoże było pokryte lodem i świeżą warstwą śniegu. Ślizgamy się więc raz po raz. W końcu opuszczamy wyjeżdżone samochodami drogi i wchodzimy na sięgający do kolan śnieg. Dostrzegamy sarny w oddali, które wdzięcznie hasają wśród tego śniegu, też by się tak chciało. Dla nas to istna mordownia. Takiego treningu nóg nie miałem dawno!

3-dzien

Kiedy byliśmy w lesie nie było aż tak ciężko, najgorzej gdy pojawialiśmy się na otwartej przestrzeni, na przykład polanie albo nieosłoniętej części szczytu.Wtedy to dopiero śnieg zacinał, a wiatr wiał. Znaleźliśmy więc niewielką, ugiętą pod ciężarem śniegu sosnę by skryć się przed wiatrem i napić się gorącej herbaty z termosu.

Gdy dotarliśmy do znaków wskazujących drogę do schroniska Rycerzowa, mieliśmy dwadzieścia minut drogi. Po piętnastu minutach kolejna tabliczka i kolejne dwadzieścia minut do schroniska. Dejavu? 😀

Znaleźliśmy też tabliczkę z napisem „Sery owcze”, która wskazywała na centrum zasypanej śniegiem polany przed Małą Rycerzową. Mimo zdecydowanych chęci Wojtka i mnóstwa śmiechu wybraliśmy jednak opcję zejścia bezpośrednio do bacówki omijając szczyty. Chcieliśmy je zaliczyć kolejnego dnia. Ciekawe czy o tej porze roku, ktoś siedział w tych budkach i oczekiwał turystów przybyłych na ser 😉

ssrey

– No Dawid no… Ale sery owcze… 😉

Kilkaset metrów od schroniska natknęliśmy się na zaparkowany samochód i ślady jednej osoby prowadzące do bacówki. W końcu chwila ulgi gdy nie trzeba brnąć w śniegu samemu wytyczając drogę.

Cieszyłem się, że jesteśmy w schronisku i że zrezygnowaliśmy z marszu na Przegibek widząc co się za oknem działo. Wiatr tworzył zamiecie śnieżne. Chodniczek wokół schroniska odśnieżony przez pana z obsługi po pół godzinie znów był totalnie ośnieżony.

rycerzowa.png

 

Jedyny minus to niezwykle chłodna bacówka. Nim się rozgrzaliśmy był późny wieczór. Z kolei gdy kaloryfery zaczęły grzać, grzały tak mocno, a w pokoju było tak sucho, że ciężko było normalnie spać.

Plan ambitny. Plan dobry.

Ale na porę letnią.

Byliśmy już dzień w plecy. Tego dnia mieliśmy być na Wielkiej Raczy, nie mówiąc o tym że chcieliśmy dotrzeć do Baraniej Góry. Zatem postanowiliśmy, że skoro na Przegibek jest tylko godzina i piętnaście minut drogi to machniemy czterogodzinną trasę aż na Wielką Raczę aby odrobić stracony czas (stracony w sensie tego co zaplanowane. Nigdy bym nie powiedział, że to co przeżyliśmy było czasem straconym!). Zatem juto pobudka przed szóstą aby o siódmej wyjść. Spakowani i przygotowani całkowicie próbujemy zasnąć czytając wybrane przez siebie, dostępne w bacówce książki czyli „Hobbita” i wspomnienia pewnej podróży do Gruzji.

Kąpiel śnieżna i pływanie w śniegu. Próbowaliście już?

Dzień 5

Jak doobrze, że wcześnie opuściliśmy bacówkę!

Ten dzień był mimo wszystko udany. Pierwszy cel to Przegibek gdzie chcieliśmy zjeść większe śniadanie i napełnić termos. Godzinka drogi? Machniemy to szybko i lecimy dalej!

Dobrze, że jednak przygotowaliśmy herbatę wcześniej. Już od samego początku nie było łatwo. Nieocenione są w takich chwilach wysokie słupki wskazujące którędy biegnie szlak, tutaj dodatkowo miały doczepione odblaski. Podjęliśmy decyzję o ominięciu Rycerzowych i pójście zamiast grzbietem to lasem gdzie powinno być mniej śniegu. Jeśli tam faktycznie było go mniej to nie chciałbym wiedzieć jak było na szczycie.

z-rycerzowej

Idąc rankiem w kierunku Przełęczy Halnej pomiędzy Małą a Wielką Rycerzową, w tle widać bacówkę.

Znów śnieg do połowy ud. Czasem wyżej. Dwa razy odbijaliśmy pod kątem dziewięćdziesięciu stopni. Raz w prawo, drugi raz w lewo. Za tym drugim razem zwróciliśmy uwagę na to, że prosto biegła jakby dalej droga. Sprawdzając później na mapie zorientowaliśmy się, że to faktycznie ścieżka prowadząca do wioski. Dobrze zwracać uwagę na wszelkie miejsca.

Ale idziemy, znów to ja wytyczam szlak.

Stromo. Nawet w pobliżu drzew gdzie wcześniej robiliśmy przerwy, tutaj śnieg po pas. Do tego gdy mijaliśmy otwartą przestrzeń wiatr wiał tak mocno że tworzyła się spora zamieć. Drzewa ponad nami trzeszczały, oglądałem się raz po raz ponad nas w obawie, że któreś z nich w końcu ulegnie i złamie się jak zapałka, zwłaszcza widząc ile świeżych drzew już leżało powalonych.

drzewa2.png

ścieżka na przegibek.png

„Ścieżka” w stronę Przegibka. Widać jak śnieg z zaspy zacina przez ten silny wiatr…

 

Jest szlak więc jest dobrze, idziemy, wiemy dokąd, choć na pewno nie idziemy ścieżką, w końcu ciężko powiedzieć gdzie dokładnie biegnie ścieżka.

Nieraz zapadaliśmy się w śniegu po szyję w miejscach gdzie leżały powalone drzewa iglaste z rozłożystymi gałęziami, gdzie śnieg nie dość że w sporej warstwie leżał na ziemi, okrył drzewo i wolne przestrzenie pod nim to jeszcze opadł na górę. A bywały chwile że nie można było takich miejsc ominąć.

Idziemy. Jest ciężko ale dajemy radę. Tego dnia to istne lodowe piekło. Marzę tylko o tym żeby się stąd wydostać, gdziekolwiek byle osłonić się już od tego wiatru.

Dochodzimy do punktu krytycznego. Moment, w którym trzeba podjąć najważniejszą decyzję.

Nie ma szlaku. Nosz kurde!… Po prostu nie ma! Może przesłaniają drzewa, może zacinający śnieg utrudnia dostrzeżenie go, ale po prostu nie ma.. Przy każdym drzewie z namalowanym szlakiem zatrzymywaliśmy się i wypatrywaliśmy kolejnego by wiedzieć jak się kierować, bo nie było widać ścieżki. Ale tym razem nie było widać nic. Ale to nie powinien być problem, należałoby po prostu iść przed siebie, niebawem powinien znów pojawić się szlak.

Ominięcie sterty powalonych drzew w czymś co mogłoby być korytem strumienia idąc w dół albo wspinając się nie wchodziło w grę! Śniegu było zbyt dużo, a stok zbyt stromy. Już idąc przed siebie mocno się zapadaliśmy.

„Dobra, wracamy do ostatniego szlaku i rozejrzymy się jeszcze raz”

Jednak ponownie niczego nie dostrzegliśmy, postanowiliśmy spróbować jeszcze raz przebić się przez powalone drzewa, ale no po prostu nie. Nie dało się! Zwyczajnie. Nie.

To był moment, w którym przyszła pora by zadecydować – wracamy do domu!

Wracamy na ciepłą lasagne

Czuję ulgę, niedosytem spowodowanym niezdobyciem szczytów, Przegibka i wycofaniem się ze wspinaczki w ogóle będę się martwił później. Teraz cieszę się, że w reszcie najgorsze się skończy.

Zatem wystarczyło cofnąć się do miejsca w którym wcześniej pod kątem prostym skręcaliśmy w lewo, a gdzie droga dalej prowadziła w dół.

To znaczy – wystarczyło… Powrót też wcale nie był prosty. Niektórych naszych śladów sprzed piętnastu minut już nie było w ogóle widać. Wciąż się zapadaliśmy a śnieg zacinał. Ręce nam mocno zmarzły przez sprawdzanie mapy. Każda przerwa sprawiała, że chłód był silniej odczuwalny.

W końcu dotarliśmy do drogi choć to nie oznaczało zakończenia przedzierania się przez śnieg. Jednak tym razem wiedzieliśmy dokąd prowadzi droga, oraz że nagle nie zniknie tak jak niebieski szlak z Rycerzeowej na Przegibek…

Po drodze robimy przerwę w jakiejś rozpadającej się budce, byle tylko osłonić się od wiatru.

Tak, wracamy do domu. Za nami zaledwie połowa zaplanowanej trasy. Ale nic nie warto robić na siłę. Umiejętność bezpiecznego podróżowania to umiejętność podejmowania odpowiednich decyzji. Byle nie za późno! Nasze odczucia były na tyle wyraźne, że należało decyzję podjąć już, a nie wahać się czy może próbujemy jakoś przeć dalej czy też nie.

Cieszyłem się mimo wszystko. Bo wspólnie przeżyliśmy coś niesamowitego, razem walczyliśmy z górami. Ten szczególny wyjazd na długo pozostanie w naszych wspomnieniach.

Kiedy już jechaliśmy busikiem do Żywca, siedząc wśród innych ludzi i widząc jaka pogoda panuje na zewnątrz pomyślałem „Ah, jak wy tu macie spokojnie…”. Ludzie przerażają się cienką warstwą śniegu na chodniku, bo muszą ją odśnieżyć, albo białymi drogami i lekkim mrozem. Do czasu kiedy nie zapoznają się z warunkami panującymi kilkaset metrów wyżej wśród sosen i świerków tam, gdzie nikt poza pewnymi dwoma wędrowcami się nie zapuszczał.

ODCINEK POWROTU DO NATURY:

Nowy Rok w Beskidzie Żywieckim

Mapa.png

Wojtkowi dziękuję bardzo za ten wspólny wyjazd. Cieszę się, że po raz kolejny mogliśmy wspólnie przeżyć wspaniałą przygodę. Nie żałuję żadnej decyzji, cieszę się z tego jak potoczyły się nasze losy. Pozdrawiam Cię i z niecierpliwością czekam na kolejną wyprawę!

PORADY DLA NIEWTAJEMNICZONYCH

  • Punkt numer jeden to stuptuty! Nie ruszaj się w góry bez nich lub jakiegokolwiek zabezpieczenia butów przed wpadającym do nich śniegiem. Choć nie wszystkie sposoby są skuteczne – Wojtek posiadał spodnie snowboardowe z czymś w rodzaju stuptutów przyszytych do nich, jednak w praktyce stale się one osuwały, dając dostęp śniegowi do butów Wojtka.
  • Mapa, kompas, sprawna komórka z GPSem lub GPS. Nie zalecam polegać tylko na nowinkach technologicznych ale nie raz stają się bardzo pomocne, warto więc mieć je ze sobą.
  • I właśnie ta mapa! Zostań w domu jeśli nie masz mapy. I to nie wydrukowanej z internetu ale takiej, która się nie rozpadnie po pierwszym dniu. Nasza wróciła w kiepskim stanie ale pomogły jej wzmocnione części przez taśmę klejącą. Dobrze jest okleić całe brzegi i punkty zgięć taśmą. A mapa laminowana? Ja jakoś niezbyt przepadam za takimi
  • Zimą dni są krótkie. Wędrując w dolinie czy w lesie po zachodzie słońca będzie jeszcze ciemniej. A chmury potęgują otaczający mrok. Zatem nie zapomnij o latarce czy czołówce z zapasowymi bateriami i NIE takimi jakie mieli turyści wracający z Morskiego Oka – latarki w telefonie. Normalna latarka. Telefon oszczędzaj bo może się przydać w innej sytuacji!
  • Powerbank – to ewentualnie. Trzeba się liczyć z tym, że nie zawsze w bacówce czy schronisku będzie prąd, zwłaszcza w fatalnych warunkach pogodowych.
  • Odpowiedni ubiór i ekwipunek. Czyli to co uchroni nas od zimna, ogrzeje w schronisku, a jednocześnie będzie lekkie. To co warto ze sobą mieć przedstawiłem w poniższym poradniku: Jak się spakować na zimową przygodę – Poradnik
  • Rękawice i odpowiednie skarpetki!
  • Mierz siły na zamiary – nasze zamiary zdecydowanie przekraczały możliwości ale to nic złego dopóki rozsądnie myślisz i potrafisz zdecydować co zrobić w danej sytuacji. Jeśli próbujesz coś osiągnąć na siłę wbrew wszystkiemu wokół – może się to okazać nie tylko nieprzyjemne ale i niebezpieczne!
  • Zawsze miej na myśli plan awaryjny, przejrzyj mapę, zastanów się co możesz zrobić gdyby plan nie wypalił.
  • Kontaktuj się z bliskimi oraz ze schroniskami. Nie wyruszaj w teren samemu, nie przekazując nikomu informacji skąd, dokąd i jak zmierzasz.
  • Rakiety śnieżne? – Dobry wynalazek – można je wypożyczać w schroniskach oraz oddać w kolejnym. My zrezygnowaliśmy z nich widząc jakie warunki są, mając w zanadrzu plan by móc w awaryjnej sytuacji zejść do wioski. Wtedy byłby problem z oddaniem rakiet. Poza tym warunki oraz to co robiliśmy na trasie było na tyle spontaniczne i mogło się na wiele różnych sposobów zmienić, że nie wiedzieliśmy tak na prawdę co nam się uda ostatecznie osiągnąć więc ich zwyczajnie nie zabieraliśmy.
  • Warto wiedzieć jak zachować ciepłotę ciała zimą czy to wędrując czy będąc już w schronisku. Należy pamiętać o rutynie wędrowniczej. Dokładne działania – co można zrobić przed wyjściem w teren, obcując z naturą i już po powrocie aby zachować komfort termiczny – możecie zobaczyć w tym poradniku: Jak zachować ciepło ciała zimą? – Poradnik

Jeśli masz pytania co do przygotowania się na wyprawę lub do naszej wędrówki, nie wahaj się zapytać. Możesz też pisać na maila podanego w zakładce „kontakt”. Nie biorę odpowiedzialności za skutki wynikające z korzystania lub błędnej interpretacji zawartych tu informacji.

Zapraszam Cię do zapoznania się z moimi pozostałymi poradnikami oraz odcinkami przygodowymi. Subskrybuj mój kanał aby niczego nie przeoczyć: POWRÓT DO NATURY

Dziękuję za uwagę i przygoda z Wami!

Dave

-> Prawa autorskie do tekstu oraz do zdjęć należą do: Dave, Powrót do natury. Chcesz je wykorzystać, napisz z zapytaniem <-

Categories: MOJE | Tagi: , , , , , , , , | 1 komentarz

Zobacz wpisy

One thought on “Nowy Rok w Beskidzie Żywieckim

  1. Rafał B.

    Super opis i odpowiednie uzupełnienie filmem! Niektóre opisy aż mrożą krew w żyłach. I Wam pewnie też mroziły. W przenośni i przy tym śniegu – też dosłownie 😛 Podoba mi się, że wpis i film to co innego – nie powtarzanie tego samego, ale uzupełnienie. Ach, aż zatęskniłem za moimi wypadami w tamte rejony. Koniecznie niebawem tam wrócę. Super relacja i czekam na kolejne 🙂

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s

Stwórz darmową stronę albo bloga na WordPress.com.

%d blogerów lubi to: